Witajcie po krótkiej przerwie.
Mimo, że miałam sporo pracy zawodowej, to nie robiłam sobie przerwy od czytania. Sporo mam Wam do opisania, zatem do dzieła! Na pierwszy ogień - szwedzki kryminał w urokliwym miasteczku wypełnionym zapachem kawy...
Camilla Lackbert jest znana większości miłośników kryminałów.
Pierwsze moje spotkanie z tą pisarką nastąpiło parę lat temu, gdy leżąc w domu po zabiegu na oczy niewiele mogłam robić. Mogłam słuchać. I tak też robiłam. Słuchałam audiobooków czytanych przez Marcina Perchucia, który zrobił to po prostu mistrzowsko! Dzięki niemu, w mojej głowie pojawił się obraz małej szwedzkiej miejscowości Fjallbacka, obraz posterunku policji mieszczącego się w brzydkim budynku, oraz obraz głównych bohaterów. A tymi bohaterami przez 9 tomów jest charyzmatyczny policjant Patrik Hedstrom i jego trochę zbyt wścibska żona Erika Flack. Stałymi bohaterami drugoplanowymi są także pracownicy posterunku policji, matka Patrika, oraz siostra Eriki. Ich historie, jako wątki poboczne, poznajemy na kartach kolejnych tomów. Perchuć przeprowadził mnie przez 7 tomów kryminalnej sagi, po pozostałe dwa sięgnęłam już w formie papierowej.
"Fabrykantka aniołków" ... tak szczerze mówiąc, to nie wiem co o niej napisać. Zabrałam się do niej z wielkim zapałem, nie mogąc doczekać się już kolejnej części, po czym.. ogromnie się rozczarowałam.. nie potrafię chyba sensownie napisać o czym była ta książka. Z całą pewnością mogę jednak napisać, że jest to chyba najsłabsza część sagi Lackbert. Tak naprawdę cała fabuła 490 stronnicowej lektury jest zawarta w opisie na tyle książki.
Przed laty na małej wyspie Valo, znajdującej się niedaleko Fjallbacki znika cała rodzina, za wyjątkiem rocznej dziewczynki. Policji nie udaje się znaleźć rozwiązania tej zagadki, rodzina pozostaje zaginiona. Po latach dorosła już dziewczynka powraca wraz z mężem i niedawno przeżytą traumą, aby odrestaurować znajdujący się na wyspie budynek. Jednak ktoś nie chce, by tam mieszkali, na wyspie zaczynają się dziać dziwne i niebezpieczne rzeczy. Miejscowa policja z Patrikiem na czele, zaczyna interweniować i szybko dochodzi do wniosku, że rozwiązanie obecnej zagadki tkwi w przeszłości.
Książka nacechowana jest polityką i jak to bywa u Camilli, powiązaniami rodzinnymi. Przebrnęłam przez ten tom tylko ze względu na prosty i lekki język pisarki, jak również dlatego że szybko chciałam zabrać się za kolejną część, nowość na rynku , czyli "Pogromcę lwów".
Na szczęście Fabrykantka nie zniechęciła mnie do sięgania po pozycje pióra tejże pisarki i ledwo zamknęłam tom 8, a już mknęłam przez pierwsze strony tomu 9tego. A Pogromca jest... tym, co kocham w kryminałach. Akcja chwyciła mnie w szpony już na początku i na jednym wdechu trzymała mnie aż do końca.
Mroźna, śnieżna zima. Z gęstego lasu wprost pod koła samochodu wychodzi koszmarnie okaleczona dziewczynka. Ma wypalone oczy, wyrwany język, jest pozbawiona słuchu. Samochód potrąca dziewczynkę, która niedługo potem umiera. Okazuje się, że jest to zaginiona przed kilkoma miesiącami nastolatka, jedna z wielu podobnych do niej dziewczyn, które znikały na przestrzeni lat. Patrik rozpoczyna śledztwo, które skupia się wokół szkółki jeździeckiej do której należała ofiara. Tymczasem żona Patrika, Erika pisząc kolejną książkę, jeździ na widzenia do stanowego więzienia, gdzie rozmawia ze skazaną za zabójstwo męża kobietą. Chociaż "rozmawia" to za dużo powiedziane, bowiem kobieta milczy. Erika szybko jednak orientuje się, że sprawa zaginionych dziewcząt i osadzonej w więzieniu morderczyni wiążą się ze sobą, zatem z właściwym sobie wścibstwem, zaczyna pomagać mężowi, choć ten nie jest z tego powodu zadowolony.
Muszę przyznać, że "Pogromca lwów" zrobił na mnie wrażenie. Książkę czyta się błyskawicznie z dużym zaciekawieniem. Napięcie jest dobrze utrzymane, wątki prowadzone spójnie. Nawet drażniąca mnie do tej pory Erika wydaje się być jakaś taka bardziej ogarnięta (choć z pewnością jest to inteligentna kobieta). Pod koniec książki zaczynamy się oczywiście domyślać kto jest sprawcą, ale końcówka i tak zaskakuje, a na końcowych stronach dostajemy uderzenie z najmniej spodziewanej strony. Dodatkowym smaczkiem w książce jest wątek Polski. Zamordowany mąż kobiety osadzonej w więzieniu to niegdysiejszy cyrkowiec Cyrku Gigantus. Nazywa się on Vladek Kowalski, podejrzewam że w zamyśle autorki był on Polakiem. Gdzieś widziałam wywiad z autorką, która wspomniała o tym wątku, mnie osobiście zrobiło się miło, że nasz kraj znany jest w dalekiej Szwecji.
Książki Camilli Lackbert są pełne uroku. Pisarka zaprasza nas do domów i codzienności swoich bohaterów. Razem z nimi przeżywamy troski i radości. Razem z nimi siedzimy w kuchni i czujemy zapach cynamonowych bułeczek tak często pieczonych w tych książkach. Czujemy ciepło miłości Patrika i Eriki, słyszymy harmider jaki robią ich dzieci. A przede wszystkim... pijemy z nimi kawę. Dużo kawy. Całe litry kawy! Czytając sagę Camilli uzbrójcie się w kubek z kawą, bo niechybnie najdzie Was na nią ochota, bowiem jej bohaterowie piją ją o każdej porze dnia i nocy!
Podsumowując! "Fabrykantce aniołków" daję słabe 4 na 10. Książka nie porywa. Jeżeli czyta się tak jak ja (lub słucha) całą sagę po kolei, to oczywiście należy ją przeczytać, natomiast jako niezależną lekturę - można sobie oszczędzić i sięgnąć po inne pozycje.
"Pogromca lwów" otrzymuje ode mnie 8 na 10, bardzo mi się podobał. Ale jako że kryminał dla mnie musi być mroczny, krwawy i psychodeliczny, to to i tak jest bardzo wysoka ocena :)
Pozdrawiam! :)
Jako, że wczoraj grożono mi ( cytat: "A spróbuj nie skomentować! To Ci zrobię zadymę w chacie taką że sąsiedzi wezwą policję"), postanowiłam wiec skomentować owy post.
OdpowiedzUsuńNie żebym się bała...
Bardzo ładny wpis! :P
Ciężko mi się wypowiedzieć, bo jakby nie było nasz gust czytelniczy różni się okrutnie, ale musze przyznać, że twój styl pisania jest bardzo lekki i przyjemny i aż się zaciekawiłam co się stało z rodziną tej dziewczynki, a że książki nie polecasz to chętnie posłucham od Ciebie tej historii. Pozdrawiam serdecznie:)
Matko, z Twoich słów wynika że jestem jakimś nikczemnym potworem! A ja takie łagodne stworzenie... Cieszę się, że chociaż mój styl pisania jest lekki, bo moja dusza, rozumując na podstawie Twoich słów, wyjątkowo mroczna i niebezpieczna :D
OdpowiedzUsuń