Wracam z nową siłą zarówno do mojego piekarnika, jak i czytania książek. Przyznaję bowiem, że w największe upały obie te rzeczy idą mi opornie, a ulubioną rozrywką staje się leżenie na kanapie i granie w gry komputerowe, przeplatane z oglądaniem filmów. Tak, przykro mi, jestem nieuleczalnym leniem, nic nie poradzę, słodkie nic nie robienie wychodzi mi znakomicie i zawsze poprawia humor :)
Ale dość tego, mamy wrzesień, miesiąc dla mnie szczególny, bowiem tego miesiąca przyszłam na świat wiele jesieni temu. Rozpoczął się nowy rok szkolny, a ja za kilkanaście godzin wracam do pracy. Pozostały mi wspaniałe wspomnienia z wakacji, opalona skóra i sporo zdjęć.
Miałam do Was przyjść z recenzją książki, ale niespodziewanie któregoś wieczora zamarzyło mi się spróbować słynnego Creme Brulee. Nie jadłam tego nigdy, jak też wielu rzeczy, które mogą okazać się oczywiste. Sięgnęłam więc do jednego z blogów, który jest moją skarbnicą wiedzy kulinarnej i....
nie będę Was oszukiwać - czysta poezja! Mimo, że nie jestem smakoszem słodyczy (paradoksalnie do tego iż uwielbiam wypiekać), ze smakiem zjadłam dwie kokilki i poważnie myślę nad kupnem małego palnika :D Bo dokładnie takie ustrojstwo będzie Wam potrzebne do przygotowania tego przepisu, a reszta... jest banalnie prosta :)
Korzystałam dokładnie z tego przepisu: http://kotlet.tv/creme-brulee-pyszny/
Jedyna różnica jest taka, że ja użyłam trochę większych naczyń, ale to akurat nie jest tak ważne.
A zamiast palnika, użyłam gazowej lutownicy :D
Bardzo mocno zachęcam Was do wypróbowania tego nietuzinkowego przepisu :)
Pyszne!!!! Jadłem według Twojego przepisu :D
OdpowiedzUsuń