Blog powstał z połączenia dwóch pasji - czytania książek i pieczenia słodkości.Znajdziecie tu zarówno recenzje czytanych przeze mnie książek, jak i przepisy na pyszne ciasta. Jako że lubię tworzyć, zwykłam mówić na swe dzieła "Tfu!rczość". Mam nadzieję, że spędzicie tu przyjemnie czas. Rozgośćcie się :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Blog powstał z połączenia dwóch pasji - czytania książek i pieczenia słodkości.Znajdziecie tu zarówno recenzje czytanych przeze mnie książek, jak i przepisy na pyszne ciasta. Jako że lubię tworzyć, zwykłam mówić na swe dzieła "Tfu!rczość". Mam nadzieję, że spędzicie tu przyjemnie czas. Rozgośćcie się :)

Znajdź na blogu

Popularne posty

Configure
- Back To Orginal +

piątek, 31 lipca 2015

Stary... ale czy wciąż dobry?

   Jedną z nielicznych osób, które pokusiły się o pozostawienie komentarza pod jednym z moich postów, jest osoba, która otwarcie pisze, że Stephen King się skończył. Rozmienił na dobre i dawno oddał koronę. Czy tak jest rzeczywiście? Wśród fanów słychać głosy, że ostatnie dobre pozycje wydane przed tego pisarza przeszły dawno do legendy, a obecne publikacje, tworzą książkowy fast food.
   Bo rzeczywiście, obecnie King wydaje dwie książki rocznie. Bo rzeczywiście pisze książki, które ciężko sklasyfikować jako horrory. Bo rzeczywiście...

 
Rok temu pisarz wydał pierwszą z zapowiadanych trzech części "kryminału". Pierwsza część "Pan Mercedes" została przyjęta bardzo sceptycznie. Debatowano czy autor horrorów, powinien podejmować się pracy nad zgoła innym gatunkiem literackim, w którym nie ma doświadczenia. Pierwsza część trylogii o emerytowanym policjancie Billu Hodgesie okazała się wciągającą książką przygodową, gdzie akcja ślimaczyła się przez prawie całą powieść, aby przyspieszyć na jej ostatnich kartach. Od początku znaliśmy złego bohatera, od początku też dobrego. King w swoim tylko stylu dobrego gawędziarza, niespiesznie prowadził nas przez skądinąd ciekawą fabułę, czasami wzbogacaną przez szczyptę akcji. Książka była iście wakacyjna, natomiast tych, którzy nastawili się na horror w starym Kingowym stylu, mocno rozczarowała. " Znalezione nie kradzione" miało być odrębną książką, jedynie delikatnie nawiązującą do pierwszej części. I rzeczywiście tak się stało.


Książka rozpoczyna się od morderstwa pewnego ekscentrycznego pisarza, który z dala od ludzi i zgiełku, żyje samotnie, wiele kilometrów od zamieszkałego miasta. Morris Bellamy, który wraz z dwoma kolegami napada na farmę pisarza działa z nieco innych pobudek niż jego kompani. Otóż nie kieruje nim chęć zrabowania pieniędzy, jakie pisarz gromadzi w domu, a pozyskania rękopisów autora, który ostatnią książkę opublikował wiele lat temu. Pisarz ten znany jest ze stworzenia Jimmiego Golda, który jest bohaterem cyklu jego książek. Ostatnia wydana książka z buntowniczego dotąd bohatera robi zwykłego człowieka, który zaczyna prowadzić zwyczajne, normalne życie. To doprowadza do furii Morrisa, który w fikcyjnym bohaterze widzi kogoś więcej. Owładnięty i wściekły na pisarza Bellamy, morduje go z zimną krwią i wykrada z jego sejfu spisane na kartkach notesów typu moleskin kolejne części niepublikowanych dotąd książek pisarza. Celowo użyłam nazwy notesów, bowiem w książce przewija się ona wielokrotnie, co spowodowało, że aż wygooglowałam sobie tę nazwę, by zobaczyć jaki to dokładnie rodzaj. Wyglądają ekskluzywnie.
 Wracając do fabuły książki - Morris Bellamy kilka dni po morderstwie, trafia na wiele lat do więzienia za zupełnie inny czyn. Równolegle poznajemy Petera Saubersa, który jest synem jednej z ofiar masakry wywołanej przez Pana Mercedesa. Pewnego dnia, trzynastoletni wówczas Peter odkopuje przypadkiem stary kufer, w który znajdują się zgromadzone i schowane przed światem moleskiny i 20 000 dolarów w gotówce. Młody chłopak postanawia wspomóc rodziców i co miesiąc przesyła im pocztą sumę, która ratuje rodzinny budżet. Jednak na przestrzeni lat pieniądze topnieją i młody Peter musi znaleźć sposób aby pozyskać ich na tyle by wspomóc edukację swoją i swojej młodszej siostry. Postanawia użyć w tym celu moleskinów... Tymczasem jednak Morris Bellamy wychodzi na wolność i jego jedyne marzenie to odzyskanie notesów z zapiskami jego ukochanego pisarza... I dokładnie w tym momencie, czyli mniej więcej pod koniec książki, do gry wchodzą bohaterowie z pierwszej części. Rozpoczyna się dramatyczna walka z czasem i z opętanym swoimi wizjami szaleńcem. Jak się ona skończy? Musicie dowiedzieć się sami :)

      Ktoś kiedyś powiedział, że Stephen King nie ma czytelników, a wyznawców. Jest w tym trochę prawdy. Nie wydaje mi się, bym miała kiedykolwiek przestać czytać tego autora, nawet jeśli podzielam zdanie, że King się wypalił. Mam swoją teorię. Uważam, że King, jako jednostka żyjąca w absurdalnym świecie swego umysły, zwyczajnie boi się śmierci, do której ma jednak coraz bliżej. Być może tak masowa produkcja nie do końca dobrych książek jest formą przekupienia kostuchy, paniczną próbą pozostania w ludzkich umysłach, formą zdobycia nieśmiertelności. Lojalność wymaga, aby trwać na dobre i na złe. I o ile uważam, że czasy takich utworów jak "Miasteczko Salem", "Lśnienie", czy "Ręka mistrza" już nie powrócą, o tyle uważam, że od tego pisarza nie należy już wymagać tak dużo. On pokazał na co go stać. Bądź co bądź zyskał miano króla horroru i tytuł ten zachowa jeszcze na długo po swojej śmierci. Jeśli miałabym być szczera, to chyba jedynie jego syn Joe Hill jest w stanie nieznacznie dosięgnąć ojcu do pięt.
     Kończąc tę krótką rozprawkę o Kingu, czując się też nieco w obowiązku przedstawienia swojego stanowiska, chcę napisać jasno jedną rzecz. Stephen King to jedyny autor, który na początku każdej swojej książki, wychodzi do mnie, chwyta mnie za rękę i mocnym uściskiem prowadzi mnie aż do ostatniej kropki. To też pisarz, który jak żaden inny absolutnie do perfekcji doprowadził sztukę rysu bohaterów. Dzięki charakterystyce swoich postaci, czujemy się jakbyśmy brali udział w książce, byli niemymi świadkami tych historii. Dlatego właśnie bez względu na to na jak wiele drobnych się rozmienił, uważam że jemu wolno. Akurat jemu wolno. Gdy King odejdzie...odejdzie kawał dobrej literatury, która kształtowała umysły rzeszy młodych ludzi na całym świecie. W tym także mój...

W kategorii książkowej, "Znalezione nie kradzione" dostaje ode mnie 7 na 10
W kategorii Kingowej 4 na 10

   Jednak polecam. To nie jest zmarnowany czas. Książka dla każdego :)

1 komentarz:

  1. Czytelnikiem Kinga jestem mocno wybiórczym ale trochę jego pozycji na swoim koncie przeczytanych książek mam to się wypowiem.
    Mam wrażenie że King książki nierówne produkuje od zawsze, te genialne przeplata średnimi albo nawet takimi gdzie końcowe "what the fuck" to nie wynik genialnego szaleństwa a po prostu dziwnej wędrówki po czasem jednak zbyt absurdalnym umyśle autora. Druga kwestia to często fatalne finały znakomitych książek, jak chociażby "Pod kopułą" (świetnie zbudowane postacie i mała społeczność która zamknięta na małej przestrzeni kompletnie odlatuje, grube tomisko, świetnie napisane a na końcu... no wiadomo) czy "Ręka mistrza" (bardzo mi się podobało, dopóki nie nastał typowy finał horroru klasy B, mimo wszystko liczyłem na coś bardziej wyrafinowanego).
    Przyznam, że od Kopuły nic z nowych dzieł nie zaliczyłem, ale możliwe, że nadrobię niedługo. A wracając do tezy końca Kinga, to się z nią chyba nie zgadzam, po prostu King jest Kingiem, robi swoje, wypluwając ze swojego chorego umysłu kolejne dziwadła, które w zależności od gustu podobają się lub nie. Mimo plakietki mistrza horroru, to ja najmniej lubię właśnie te typowe horrory, a największą frajdę sprawia mi poznawanie kolejnych opisywanych przez niego bohaterów, tego jak buduje ich postacie, ich relacje i uzewnętrznia ich psychozy. Dlatego najlepszymi książkami Kinga dla mnie są Zielona Mila i Lśnienie.

    OdpowiedzUsuń