Blog powstał z połączenia dwóch pasji - czytania książek i pieczenia słodkości.Znajdziecie tu zarówno recenzje czytanych przeze mnie książek, jak i przepisy na pyszne ciasta. Jako że lubię tworzyć, zwykłam mówić na swe dzieła "Tfu!rczość". Mam nadzieję, że spędzicie tu przyjemnie czas. Rozgośćcie się :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Blog powstał z połączenia dwóch pasji - czytania książek i pieczenia słodkości.Znajdziecie tu zarówno recenzje czytanych przeze mnie książek, jak i przepisy na pyszne ciasta. Jako że lubię tworzyć, zwykłam mówić na swe dzieła "Tfu!rczość". Mam nadzieję, że spędzicie tu przyjemnie czas. Rozgośćcie się :)

Znajdź na blogu

Popularne posty

Configure
- Back To Orginal +

niedziela, 3 maja 2015

Maszeruj do utraty tchu

Piękna pogoda dopisała podczas tegorocznej majówki :)

Spacer wśród zieleni, słońca i wszędobylskich pyłków - zaliczony. Narodowy sport Polaków - grill na świeżym powietrzu - zaliczony. Spanie do oporu i niespieszna poranna kawa - zaliczona!


Zatem czas Stephena Kinga, autora, którego nie trzeba nikomu przedstawiać.

Moja przygodna z nim zaczęła się, gdy miałam 15lat, czyli niemal połowę mojego życia temu. W jakiejś gazecie przeczytałam, że jest to ulubiony pisarz jakiejś piosenkarki. Użyła słów "król horroru". Czegóż mogłam chcieć więcej? Pognałam do najbliższej biblioteki i chwyciłam pierwszą moją książkę Kinga, która potem towarzyszyła mi niemal na każdym etapie życia. "Miasteczko Salem" przeczytałam w jeden dzień i jedną noc. Od tamtej pory, pożyczałam dwie, trzy jego książki tygodniowo przy rosnącym przerażeniu pani bibliotekarki, która uważała, że jest to zbyt krwawa literatura jak na młodą dziewczynę. Doszło do tego, że nie chciała mi wypożyczyć "Desperacji". Na szczęście, mój młodzieńczy urok pokonał jej obawę i moja przygoda z Kingiem trwa po dziś dzień :)

Pozycja, o której chcę dziś coś więcej opowiedzieć, należy do moich ulubionych i często do niej wracam.Została wydana pod nazwiskiem Richard Bachman.

Główny bohater to Ray Garraty, szesnastoletni chłopak, który bierze udział w wielkim marszu. Marszu, z którego nie można się wypisać. Reguły są proste. Setka młodych chłopaków idzie, aż pozostanie tylko jeden. Za każdy przystanek otrzymują upomnienie. Mogą ich otrzymać tylko trzy. Za czwartym... są eliminowani. W marszu muszą załatwiać potrzeby fizjologiczne, w marszu muszą spać, jeść, pić, myć się. Tak naprawdę, nie mogą się zatrzymać. Dla wygranego jest oczywiście wielka nagroda pieniężna. Maszerującym chłopakom towarzyszy armia pozbawionych uczuć żołnierzy, którymi zawiaduje Major.  Podczas marszu zawodnicy borykają się z kontuzjami fizycznymi takimi jak pęcherze, skurcze, poparzenia słoneczne, biegunki, bóle brzucha i szereg innych dolegliwości. Psychicznie nie jest wcale lepiej, chłopcy idą obciążeni świadomością, że mogą już nie powrócić do swoich domów i rodzin. Nawiązują się między nimi sympatie i antypatie, które tak naprawdę nie są wcale ważne, ponieważ wygrać może tylko jeden z nich.
Mistrzowskie prowadzenie postaci, opisy charakterów, które sprawiają, że czujemy się, jakbyśmy maszerowali z tymi chłopcami. Kibicujemy im i zagryzamy usta, gdy dostają upomnienia. Książka wciąga niesamowicie, mimo, że nie ma w niej jakiejś wartkiej akcji. King odbiega tutaj od swojego schematu w powieściach, nie jest gawędziarzem, a jedynie narratorem, który pokazuje nam nieunikniony los tych chłopców. Dodatkowo zakończenie, które pozwala każdemu z nas na samodzielną interpretację.

W mojej skali, ta książka to bardzo silna dziewiątka z plusem. Fenomenalna pozycja, która być może gruba nie jest, ale zdecydowanie znajduje się w mojej trójce najlepszych dzieł Kinga.

Och.. i wiecie... ta piosenkarka miała rację. King jest mistrzem gatunku, bez względu na obecne pozycje, nad którymi pochylę się w przyszłości :) Polecam!


1 komentarz:

  1. Zgadzam sie! to jedna z tych która też ze mną została na dłużej, tak jak "Cmętarz Zwieżąt" po którym przez 2 miesiące nie sięgnęłam po żadną książkę...
    i "Złodziejka książek" <3

    OdpowiedzUsuń